''Pod naporem porażek ludzie pękają jak szyby,
szukając rozwiązania w gdyby, to albo tamto, znam to, to nic nie da, Ty nie bądź jak ten gdybający biedak''
Jeszcze gramy w tym meczu, jeszcze żyjemy...
23:24, piłka meczowa.
Jeszcze jest nadzieja.
Niestety... już nie.
Nie ma dwudziestego czwartego punktu.
Nie ma łez szczęścia.
Nie ma nawet śladu po piłce, która spadła w środek boiska pozbawiając nasz szans na medal.
Nie ma nic.
***
Nogi blondynki zgięte w kolanach wsiały kilka metrów nad ziemią. Patrzyła jak fale obijają się o brzeg. Paznokciem odrywała pojedyncze drzazgi wystające z desek na których siedziała. Nie mogła znieść tego, że to już koniec. Skończyło się to co nawet się nie zaczęło. Blondynka poczuła czyjąś dłoń na ramieniu. Odwróciła się i ujrzała trzy osoby, które w tak krótkim czasie stały się dla niej jak najbliższa rodzina. Trudno było jej przyjąć do wiadomości to, że teraz każdy rozjedzie się w swoim kierunku.
Chwyciła dłoń jednego z nich i podniosła swoje ciało z ziemi.
W ciszy dotarli do stadionu, gdzie miało odbyć się zakończenie pierwszych Igrzysk Europejskich.
Starałam się nacieszyć tą chwilą jak mogłam. Atmosfera była wręcz magiczna. Nie wiem czy ktoś tam obecny mógł być niezadowolony. Wszystko wydawało się być perfekcyjnie.
Chyba nikt nie spodziewał się, że rozkręci się z tego impreza z muzyką na żywo. Jedni tańczyli, drudzy wygłupiali się przed kamerą, a jeszcze inni okazywali sobie uczucie. Nie było nikogo, kto podpierałby ściany. Dziwnie tańczyło mi się z Kędziorkiem wyższym o dwie głowy, ale to jak się poruszał było całkowitą rekompensatą.
Zabawa skończyła się krótko po północy. Byłam wykończona, więc sen przyszedł od razu.
Następnego dnia po południu byłam już w swoim mieszkaniu. Marzyłam tylko o przyjaciółkach, butelce wina i jakimś ciekawym romansidle. Ostatnie dni wolności przed nauką trzeba było jakoś ciekawie wykorzystać.
Razem z dziewczynami spędzałyśmy miły wieczór.
-Karo, mogę cię o coś spytać?-zaczęła Ola.
-No...raczej tak-uśmiechnęłam się.
-Bo, ty wiesz, że my z Pitem bierzemy ślub za miesiąc...ale nie wiesz, że nie mamy wybranych świadków-towarzyszka zaczęła nerwowo rozglądać się po pokoju-właśnie chciałam cię o to poprosić.
-Aa...-popatrzyłam na nią niepewnie.
-Zgadzasz się?
-No oczywiście, że tak!-rzuciłam się na nią omal nie tłukąc kieliszka, którego trzymałam w ręce.
***
Któregoś czerwcowego popołudnia do moich skromnych progów zawitał Śliwka. Kompletnie zapomniałam, że miał się przeprowadzać do Rzeszowa zaraz po przylocie z Igrzysk. Przynajmniej on jeden od tak mnie nie opuścił. Dlatego też nie mogłam odmówić mu, kiedy zaproponował wspólny wypad na rowery. Tak pochłonęło nas wykręcane kilometrów, że dojechaliśmy wsi. Kilka kilometrów dalej płynęła rzeka, więc postanowiliśmy rozłożyć koc i odpocząć na łonie natury.
-Byłaś tu kiedyś?-zapytał spod okularów.
-Mieszkałam w tej wsi do osiemnastki...nasi rodzice mięli gospodarstwo.
-Nigdy o tym nie mówiłaś...
-Bo nie pytałeś-wzruszyłam ramionami i zatopiłam stopy w cieplutkiej wodzie-masz z tym jakiś problem?
-Nie...jasne, że nie po prostu mnie zaskoczyłaś-spojrzał na mnie podejrzliwie.
-Wiesz...ostatnio dużo myślałam o tobie i Szalupie. Nie dość, że wtedy pokłóciliście się przeze mnie, to teraz jeszcze on zostaje w stolicy, a ty przenosisz się do Sovii. Na prawdę chcecie, żeby przez takie pierdoły skończyło się to co budowaliście tyle lat?-patyk miażdżony w dłoni przyjmującego pofrunął na drugą stronę rzeki.
-Zaczęło się od głupiej sprzeczki, po tym co się stało na stacji benzynowej...powiedział, że to przeze mnie płakałaś, że ja zacząłem, że nie umiem się zachować...wiesz o co mi chodzi...a potem już było tylko gorzej...coraz mniej ze sobą rozmawialiśmy, później obywało się nawet bez głupiego ''cześć''-obojętnie uniósł brwi-nie potrzeba mi takiego kumpla-ostatnie słowo zaakcentował z wyraźnym uśmieszkiem.
-Ludzie trzymajcie mnie...zachowujecie się gorzej niż rodzeństwo Nowakowskich, samo to powinno dać wam trochę do myślenia...ja nie wiem, jakim trzeba być głupim, żeby spisywać na straty coś tak ważnego jak przyjaźń! Zobacz...pokłóciliśmy się, ale dzięki między innymi Arturowi jesteśmy tu gdzie jesteśmy. Chyba nie jest ze mną aż tak źle? Jak myślisz?
-Masz może ochotę na lody? Ja stawiam!-posłałam mu mrożące krew w żyłach spojrzenie.
Nie będzie z nimi łatwo, ale się nie poddam.
----------------
Czekam na falę krytyki :D
Uwierzcie mi na słowo, że początek tego rozdziału pisało mi się baardzo ciężko...
Być może wiele z Was się zawiodło, bo nic nie wskazywało na to, że zrobię tak wielki przeskok w czasie, ale jestem bardzo zadowolona z tego rozdziału i powolutku...zmierzam do tego o czym mówiłam od początku xdd
Przepraszam za ciągłe zmienianie szablonu, ale nie mogłam się na nic zdecydować. Piszcie co Wam się nie podoba, postaram się to zmienić ;)
Buźki ;-*
23:24, piłka meczowa.
Jeszcze jest nadzieja.
Niestety... już nie.
Nie ma dwudziestego czwartego punktu.
Nie ma łez szczęścia.
Nie ma nawet śladu po piłce, która spadła w środek boiska pozbawiając nasz szans na medal.
Nie ma nic.
***
Nogi blondynki zgięte w kolanach wsiały kilka metrów nad ziemią. Patrzyła jak fale obijają się o brzeg. Paznokciem odrywała pojedyncze drzazgi wystające z desek na których siedziała. Nie mogła znieść tego, że to już koniec. Skończyło się to co nawet się nie zaczęło. Blondynka poczuła czyjąś dłoń na ramieniu. Odwróciła się i ujrzała trzy osoby, które w tak krótkim czasie stały się dla niej jak najbliższa rodzina. Trudno było jej przyjąć do wiadomości to, że teraz każdy rozjedzie się w swoim kierunku.
Chwyciła dłoń jednego z nich i podniosła swoje ciało z ziemi.
W ciszy dotarli do stadionu, gdzie miało odbyć się zakończenie pierwszych Igrzysk Europejskich.
Starałam się nacieszyć tą chwilą jak mogłam. Atmosfera była wręcz magiczna. Nie wiem czy ktoś tam obecny mógł być niezadowolony. Wszystko wydawało się być perfekcyjnie.
Chyba nikt nie spodziewał się, że rozkręci się z tego impreza z muzyką na żywo. Jedni tańczyli, drudzy wygłupiali się przed kamerą, a jeszcze inni okazywali sobie uczucie. Nie było nikogo, kto podpierałby ściany. Dziwnie tańczyło mi się z Kędziorkiem wyższym o dwie głowy, ale to jak się poruszał było całkowitą rekompensatą.
Zabawa skończyła się krótko po północy. Byłam wykończona, więc sen przyszedł od razu.
Następnego dnia po południu byłam już w swoim mieszkaniu. Marzyłam tylko o przyjaciółkach, butelce wina i jakimś ciekawym romansidle. Ostatnie dni wolności przed nauką trzeba było jakoś ciekawie wykorzystać.
Razem z dziewczynami spędzałyśmy miły wieczór.
-Karo, mogę cię o coś spytać?-zaczęła Ola.
-No...raczej tak-uśmiechnęłam się.
-Bo, ty wiesz, że my z Pitem bierzemy ślub za miesiąc...ale nie wiesz, że nie mamy wybranych świadków-towarzyszka zaczęła nerwowo rozglądać się po pokoju-właśnie chciałam cię o to poprosić.
-Aa...-popatrzyłam na nią niepewnie.
-Zgadzasz się?
-No oczywiście, że tak!-rzuciłam się na nią omal nie tłukąc kieliszka, którego trzymałam w ręce.
***
Któregoś czerwcowego popołudnia do moich skromnych progów zawitał Śliwka. Kompletnie zapomniałam, że miał się przeprowadzać do Rzeszowa zaraz po przylocie z Igrzysk. Przynajmniej on jeden od tak mnie nie opuścił. Dlatego też nie mogłam odmówić mu, kiedy zaproponował wspólny wypad na rowery. Tak pochłonęło nas wykręcane kilometrów, że dojechaliśmy wsi. Kilka kilometrów dalej płynęła rzeka, więc postanowiliśmy rozłożyć koc i odpocząć na łonie natury.
-Byłaś tu kiedyś?-zapytał spod okularów.
-Mieszkałam w tej wsi do osiemnastki...nasi rodzice mięli gospodarstwo.
-Nigdy o tym nie mówiłaś...
-Bo nie pytałeś-wzruszyłam ramionami i zatopiłam stopy w cieplutkiej wodzie-masz z tym jakiś problem?
-Nie...jasne, że nie po prostu mnie zaskoczyłaś-spojrzał na mnie podejrzliwie.
-Wiesz...ostatnio dużo myślałam o tobie i Szalupie. Nie dość, że wtedy pokłóciliście się przeze mnie, to teraz jeszcze on zostaje w stolicy, a ty przenosisz się do Sovii. Na prawdę chcecie, żeby przez takie pierdoły skończyło się to co budowaliście tyle lat?-patyk miażdżony w dłoni przyjmującego pofrunął na drugą stronę rzeki.
-Zaczęło się od głupiej sprzeczki, po tym co się stało na stacji benzynowej...powiedział, że to przeze mnie płakałaś, że ja zacząłem, że nie umiem się zachować...wiesz o co mi chodzi...a potem już było tylko gorzej...coraz mniej ze sobą rozmawialiśmy, później obywało się nawet bez głupiego ''cześć''-obojętnie uniósł brwi-nie potrzeba mi takiego kumpla-ostatnie słowo zaakcentował z wyraźnym uśmieszkiem.
-Ludzie trzymajcie mnie...zachowujecie się gorzej niż rodzeństwo Nowakowskich, samo to powinno dać wam trochę do myślenia...ja nie wiem, jakim trzeba być głupim, żeby spisywać na straty coś tak ważnego jak przyjaźń! Zobacz...pokłóciliśmy się, ale dzięki między innymi Arturowi jesteśmy tu gdzie jesteśmy. Chyba nie jest ze mną aż tak źle? Jak myślisz?
-Masz może ochotę na lody? Ja stawiam!-posłałam mu mrożące krew w żyłach spojrzenie.
Nie będzie z nimi łatwo, ale się nie poddam.
----------------
Czekam na falę krytyki :D
Uwierzcie mi na słowo, że początek tego rozdziału pisało mi się baardzo ciężko...
Być może wiele z Was się zawiodło, bo nic nie wskazywało na to, że zrobię tak wielki przeskok w czasie, ale jestem bardzo zadowolona z tego rozdziału i powolutku...zmierzam do tego o czym mówiłam od początku xdd
Przepraszam za ciągłe zmienianie szablonu, ale nie mogłam się na nic zdecydować. Piszcie co Wam się nie podoba, postaram się to zmienić ;)
Buźki ;-*

